krwawo

Zawsze lubiłem biegać. W młodości niewinnej – za piłką. Potem rekreacyjnie, jako że to podobno najlepsza terapia (poza tą no wiadomo) dla alkoholika. I pobiegł bym chętnie w jakimś zorganizowanym biegu. A są. Wiem. Nie za długim. Nie jakiś maraton. Nawet nie pół. Nie ten dystans. Nie ta forma. Ale trochę się obawiam.

Masakra w Bostonie była podobno krwawa. Dużo krwi. Morze krwi. No i to mnie jakoś odstręcza bo w warszawie może być (nie daj boże, nie daj boże) podobnie. Ale ta krew. Jestem – jak wspomniałem – w formie nienajlepszej. Brzuch mnie napierdala wiosenny grzmot burzowy, a chodzę ledwo co. I ta krew. Jucha wali mi z dupy, ust, kutasa, uszu i oczywiście nosa. I to jakby sama z siebie. Oczywiście wiem, że jakoś na to zapracowałem, ale bez przesady, bez przesady…

Zima była długa i ładnie mi się po zaspach łaziło. Jak przyszło lato tą wiosna, siedzę w norze. Pogoda nie ma dla mnie żadnego znaczenia. A słucham radia. A tam cały czas, że cieplej, że słoneczniej, że długi łikend (jak zwykle dla będzie bardzo długi, na chacie, na leżance, może czytając, może pisząc, może trochę telewizora, bo jeść nie będę, nie jem, i nie będę jadł, powoduje to tylko bóle kolejne i krwotoki)

I te koncerty. Planowałem łazić. W końcu. Tyle lat już nie byłem. A kiedyś co tydzień. I dupa. Będą koncerty w Trójce. A koncerty reklamują częściej niż telewizory czterdzieści dwa cale. I by się poszło, jakieś coś zobaczyć posłuchać. Ale się nie pójdzie.

Za to dwa dni temu zdecydowałem się szukać pomocy. Nie w sklepie, tam za często bywam i za wiele mnie to kosztuje. Nie jestem ubezpieczony od wizyt w sklepach. Więc szpital. Przyjechali. Czterech. Znaczy trzech i jedna. Pytali badali pisali i pisać kazali. A słabiutki. Ale zabrali. Jechaliśmy i było bardzo wesoło bo opowiadałem im jak łatwo załatwić relanium i jak dobrze smakuje z Burbonem. Dojechaliśmy. Długo jechaliśmy ale dojechaliśmy. Siedziałem i siedziałem. Potem, o dziwo, kazali wypic dwadzieścia szklanek wody. Aż taki spragniony to nie jestem, zagaduje. Ale oni: pij! Wypiłem i zacząłem tak rzygać, że dawno tak nie rzygałem, a rzygam często. Wypłukali mnie i kazali dalej siedzieć na krzesełku kolo różnych babinek staruszek. Ale w końcu położyli i mieli- myślałem – ratować. Gówno. Tak, dali kroplówkę, ale ja w bólu fizycznym psychicznych każdym i szczególnym. Położyli koło ściany. Zaraz obok z lodówki z lekami. Pewnie zamknięta kombinowałem. Wiadomo, wieczny pech. Ale jak leków nie dają sami, to może do lodóweczki…?

Ale kręciło się ich jak piguł w opakowaniu mega papu. A i dwa lekarze. Wiec czekałem. Czekałem. Czekałem. I udało się. Włamałem się do lodoweczki i wyjąłem cokolwiek. Ketonal się okazał. Ale jakiś przychylny pacjent, a było ich setki na tej jednej Sali, sprzedał mnie jak zmendziała konfitura i mnie przyłapano a pudełeczko zarekwirowano i zagrożono milicją. Było mi wszystko jedno. Zaraz zrobiłem to samo i udało mi się. Podleczyłem się sam.

Lekarz nie zwracał na mnie uwagi przez cały dzień. A to był SOR, jak to tam się zwie.

Spać nie mogłem. Jak zamykałem oczy: same dupy i alkohol. Nijak wytrzymać. Jeszcze serce pęka.

Mam od chuja ciuchów, bo zgubiłem wracając paszport i klucze, ale torby dowiozłem. Ale co mi po ciuchach, jak pieniądze poszły jak przysłowiowa woda. A bez pieniędzy nie ruszam się z nory. Co robić. Będę się przebierał codziennie i pozował przed lustrem.

W szpitalu, w końcu, kiedy poszedłem się napić wody, która była jedynym lekarstwem, wyrzucono mnie z łóżka. Niech pan się położy na podłodze na korytarzu. Oszalałem. Bo umierałem. Ale poszedłem na korytarz, bo co robić. A tam tłum! Nie było wolnego miejsca podłogi żeby się położyć. Uciekłem.

0Shares