przerwa na rękę

– Idę zapalić. Idziesz?  – zapytał Adam i ruszył krokiem monumentalnym do wyjścia. Poszedłem. Staliśmy, on stał,  palił tytoń skręcony w  papierosa bez ustnika, ja stałem, opowiadałem o chęci wyjazdu, o niechęci (tymczasowej i  jakby ulotnej) do alkoholu. Staliśmy przed firmą. Świeciło słońce i grzały krawężniki. Niebo było przy tym niebieskie. Ja rześki, on nieco zmęczony po przepracowanej u siebie nocy. Zagadnięty, oświadczył, że wspomniał Passtylowi, że idzie po mnie, zabiera mnie na przerwę, niech się nie przejmuje. Ani ja, ani on. Ale kiedy Jaszczurka pojawił się w drzwiach biura, podszedł i zagadał, odezwałem się w dwa słowa, że wyszedłem na chwile pogadać i zaraz wracam do roboty. – Przecież nic nie mówię! – żachnął się szef.   – Przecież robisz co chcesz, ufam ci, ale ale ale, skoro się tłumaczysz – dodał wykonując jakiś dziwny piruet,  z szelmowskim uśmiechem na twarzy. – skoro sam sie zaczynasz tłumaczyć, pewnie masz coś na sumieniu! – zakończył w uniesieniu i emanując samozadowoleniem.

– No nie da się ukryć, Sławeczku. Mam, mam, bo widzisz, po tej przerwie aktualnej na pogadanke z Adamem, mam zaraz zaplanowaną inną, drugą, następną, lunchową jakby, zupka chińska zalana już czeka w kuchni, po tej przerwie przegadanej, udaje się natychmiast na następną, kulinarną… – odpowiedziałem dodałem.

Public relation. Pierwsza zasada public relations – przyznać się na początku do wszystkiego najgorszego.  – …udaje się natychmiast na następną, kulinarną… – dodałem. Czego nie dodałem, to to, że przed tą przerwą na pogadanke z kolegą, miałem inną przerwę, na papieroska, a że aktualnie nie palę, stałem z dziewczynami, one paliły, ja patrzyłem w niebo. Czego jeszcze nie dodałem, to to, że pracuje nad tym, aby te przerwy na papieroska, kiedy to obserwuje chmury, trwały przynajmniej tyle, ile papierosek dziewczyn, bo na razie, coś jak sumienie, coś jak ciężkawy imperatyw, coś jak głupia obowiązkowość, coś jak lojalność, nie pozwala mi w tą wszeteczność niebieską nad drzewami dachami patrzeć odpowiednio długo. Ot, wychodzę, zadrę czerep, popatrzę w niebieski przestwór i zaraz mnie ciągnie do środka, do roboty.

Brakuje mi, nie staje mi na poetyczności może, na jakimś wskazanym rozpoetyzowaniu, co by wyjść, oczy otworzyć, wzrok na nieodgadnionym zogniskować i trwać, i trwać długo, bez celu i przyczyny, zapatrzeć się, zapomnieć. Taka przerwa była by lepsza.

Czego jeszcze nie powiedziałem, bo po co, to to, że dużo czasu podczas mojej ciężkiej pracy zajmują mi różne mniej lub bardziej abstrakcyjne rozważania, jak ową robociznę sobie uprzyjemnić, i wychodzi mi – o zgrozo – że właśnie przerwa, a najlepiej przerwy, a jeszcze lepiej ciąg, za przeproszeniem ciąg przerw najlepiej niweluje pracy mojej monotonie.

Więc najlepiej, jak przed przerwą na zupę, jest ta przerwa na pogadankę, a przed nią owa na papieroska, ale hola hola, to nie wszystko, najlepiej jest, jak przed, jak przed przerwą na zupę, jest ta przerwa na pogadankę, a przed nią owa na papieroska, a jeszcze przed nią inna, jakaś inna przerwa, na cokolwiek. Przecież na cokolwiek wystarczy.. Doszedłem do tego jakby kunsztu, że potrafie już, ciężko, jako się rzekło, pracować za pomocą ciągu przerw. Bo oto przed przerwą na zupę, jest ta przerwa na pogadankę, a przed nią owa na papieroska, i przed nia, dla tego przykładu, przerwa, polegająca na dwudziesto, for instance, minutowa przerwa polegająca na opętańczym pracowaniu na, dajmy na to, trzysta procent normy. Bo jak tak się pozapierdala przez dwadzieścia minut pół godziny szaleńczo, ale jeszcze w tych granicach, kiedy to wszystko, mimo że w dzikim pospiechu, ale jeszcze idzie sprawnie, bez wypadania „roboty” z rąk, bez mylenia kolejności czy –modne tego lata słowo – destynacji rzeczy. Kiedy tak się pół godziny pozapierdala, to później powrót do normalnego rytmu pracy tożsamy jest z powrotem do pracy z przerwy, z jakiejś przerwy, bo przecież tak inaczej było, tak inne to było od normalnej roboty, że ewidentnie przerwa, nic innego, tylko przerwa to była.

 

CDN

0Shares