pije Kuba bo nie strzelił

Nie wiem co bardziej sprzyja mojej pasji do słowa pisanego: mniej, czy więcej czasu na notowanie? Jaki ma na to wpływ pogoda? Czy upały tropikalne sprzyjają, czy chłody są właściwsze? Co z innymi przypadkami z życia? Czy wygrane sądowe powodują wzmożenie weny i chęci do pisania, czy może porażki na wokandzie motywują do wylewania gorzkich żalów na papier bardziej? Jak bym się nad tym mocniej zastanowił, może bym odpowiedział. Jak bym sobie spróbował przypomnieć, może by było łatwiej jakoś to uporządkować. Ale wiadomo: nie zastanowię się, bo nie zwykłem, ani nie przypomnę, bo nie mam pamięci do takich pierdół. Mam pamięć jak mój ojciec: do dat nazwisk i nazw własnych, znaczy pamięć odpowiednią do jeden z dziesięciu. Tyle że zawodzi mnie koncentracja i refleks, więc nigdy nigdzie nie wystąpię i nie odpowiem na żadne pytanie.

Na pytania odpowiadam tylko przed sądem. Bardzo mnie cieszy, kiedy mogę powiedzieć wysokiemu sądowi prawdę, która akurat  sprzyja powodzeniu mojej sprawy. Ale nie martwię się, jeśli pod przysięgą muszę coś zakręcić. Też oczywiście dla celów wyższych. Nie mam papierów, ale czuje się, jakbym miał takie papiery, które pozwalają mówić cokolwiek, byle składnie. Spójnie. W jakimś celu. Z przekonaniem.

Mógłbym jednego dnia podczas dwóch różnych rozpraw sądowych zeznać, rano w sądzie rejonowym, że jestem wierzącym w boga biseksualnym murzynem, o poglądach ultra konserwatywnych, a zaraz później, po południu już, w tym okręgowym, że ze mnie typowy aryjski, heteroseksualny ateista, lewicujący, wyzwolony. I wierzyłbym święcie w to, co mówię. I sąd by mi dał wiarę. Bo to prawda jest. Byłaby.  A że sprzeczne to rzeczy? Z pozoru wykluczające się prawdy? Taka natura rzeczy… Taka prawda o prawdach.

Czy lżej idzie pisanie, kiedy Polacy wygrywają? A może nie ma to znaczenia?! A może wcześniejsze pytania wątpliwości, były mrzonkami, bez znaczenia kwestiami, ot, pustymi zagadnieniami bez treści i perspektyw? Czy wczorajsza porażka Polaków wpłynęła jakoś na mnie literalnie literacko? Sama przegrana polskich futbolistów, nie. Ale już pewien sportowy zbieg okoliczności, tak! Otóż bezpośrednio przed początkiem meczu Lewego i ekipy z Portugalczykami, na trawiastych kortach Wimbledonu męczyła się Radwańska. Z osiemnastolatką grała i w trzecim secie broniła trzech meczboli. Była o włos od przegranej. Ci, co oglądali, czekali tylko, żeby już przegrała, zdążyła umoczyć przez 21 wieczorem. Trzeba się było wtedy przełączyć na mecz we Francji.

Ale Radańska wygrała! Pomogła kontuzja przeciwniczki, czyli nieszczęście innego zawodnika. Polakom w Marsylii też szczęście dopisywało, ale do czasu. Opuściło ich pod koniec, kiedy strzelał Błaszczykowski. I ja dalej nie wiem, czy jakiś poważniejszy wpływ mają te sportowe wydarzenia na moje postępowanie dzienne i nocne. Może mają? Więc chuchając na zimne, żeby zapobiec w razie czego jakimś przykrym konsekwencjom przegranej Polaków we Francji, jeśli miałoby się okazać, ze jestem kibicem, którego porażki drużyny narodowej dobijają, zaraz po meczu obejrzałem powtórkę z drugiej rundy Wimbledonu Radwańskiej. Jak wygrywa. Obejrzałem więc wygraną na żywo z Londynu, przegraną live z Marsylii, a potem jeszcze raz, z odtworzenia, wygraną polskiej tenisistki. Tak w razie czego. Jakby był jakiś wpływ..

0Shares