Shit happens

Ona pyta, czego konkretnie tak się boję? Co dokładnie tak mnie przeraża, że paraliżuje? I moje tłumaczenia, że to może być wszystko, i moje wygłupy, że to mogą być tak stworzenia pełzające, jak i latające, a też niestworzenia w ogóle – to wszystko ona lekce sobie waży i wzbrania się, że nie z nią takie numery, że tak to sobie mogę w Sabacie…

No dziś w nocy bezsennej całkiem. Zdania, przypomniało mi się zdanie. I przeraziło. Sparaliżowało. Zwykłe niby, okrągłe, zgrabne zdanie. Po angielsku. Nie wiem skąd. Znam. Zapamiętałem. Gdzieś przeczytałem wcześniej. „Nothing happens and nothing keeps happening forever.” Straszne owo zdanie ujawniło się koło godziny drugiej, trzeciej mojego czasu. Już koło pięciu godzin walczyłem o sen. Jeszcze miałem jakieś szanse. Choć to właśnie wtedy, gdzieś na obrzeżach tego zdania dokonywała się decyzja, by napisać, nie iść, jeszcze dzień. Bo jak? Taki niewyspany!?

Powiecie, niejeden powie, że niewyspanie to nie jest argument, żeby nie iść do pracy. Prawda. Ale takie niewyspanie? I czyje? Niewyspanie całkowite. Niewyspanie kompletne. Niewyspanie doskonałe, bo nawet minuty się nie zdrzemnąłem. Po kilku dniach walki o przetrwanie. Podczas odstawiania leków. Odstawiwszy alkohol. Szlugi. Takie niewyspanie paraliżuje po takim tygodniu.

A tydzień wcześniej? Równie intensywnie, tylko w drugą stronę. Zaspanie. Zatracenie do nieprzytomności. Tańce, śpiewy i w ogóle beztroska.

Także to niewyspanie i to zdanie podczas tego niewyspania. A i inne jeszcze rzeczy. Rzeczy, sprawy, pojęcia, które normalnie, kiedy biorę leki, cieszą. Kwestie językowe. Nazewnictwo. Bo kolega stwierdził owego dnia, że końcówka taka a taka wskazuję w tym języku islandzkim niełatwym na rodzaj. Znaczy płeć. Że żeńska. Że jak się kończy tak a tak, to kobieta będzie, jej nazwisko. (bo nie wiedziałem, z kim koresponduję o tym sick leave).

I tej nocy bezsennej pełnej niewyspania doskonałego zajrzałem zajarzyłem. Zrazu wydało się, że w polskim języku wszystko mocno zdominowane przez rodzaj męski. Że urząd. Że most. Że kraj. Że bóg. Karabin. Szewc. Ale zaraz o książkach pomyślałem: księgarnia! Jaka ładna żeńska księgarnia. To mnie ucieszyło. A i piekarnia! A i czytelnia! Patelnia, kręgielnia, cegielnia.

Gdzieś zamajaczyło to kino, to lasso, to ciasto. Ale zaraz majaczyć przestało. To ja majaczyłem. Na jawie. W noc jasną i ciepłą.

I takie kwestie mnie cieszą a rozmyślania o nich bawią, kiedy mi dobrze w środku, znaczy benzodiazepiny pod kontrolą, ale są. A tu nie ma. I kwestia męczy. Zdanie męczy. Nothing heppens and nothing keeps happening forever.

Pieniądze. Chuj w pieniądze, praktyka! Profesjonalizm, do jakiego się dąży, robiąc cokolwiek, człowiek chce to zrobić dobrze, zło jako pojęcie przedsięwzięcie nie urzeczywistnione, słabo grające w realu, bo przecież nawet „źle” chcesz zrobić „dobrze”… A tu chcesz dobrze, to dobrze chcesz zrobić najlepiej, jak potrafisz, przytrafia się tak zwany powszechnie nazywany paradoks, że nie robisz nic, a powodem nic nie robienia jest zwykłe niewyspanie, co się w głowie niejednemu czy niejednej nie mieści, że można się tak nie wyspać, można tak nie dospać, można tak się wybudzić i trwać wybudzonym w czasie, który powinien być czasem snu, że nie da się już robić nic więcej, tylko pozostać taki niewyspany, w tym śpiworze, z tą książką, w tym pocie, z tymi myślami.

Żeby ktoś zdecydował za mnie…?

9Shares