świat wokół małpek


Wielokrotnie stawiano mi zarzut, że moje życie koncentruje sie wokół alkoholu. Na licznych terapiach dowiedziałem się, że jest tak w rzeczywistości. Nic dziwnego, życie każdego dotkniętego chorobą alkoholową w mniejszym lub większym (w niektórych przypadkach całkiem całkiem) kręci się wokół picia. Przyjmuje tę wiedzę z pokorą. Godzę się, choć mam zastrzeżenia. Czy łudzę się, czy mam racje, nie wiem. Staram się dostrzegać ludzi, rzeczy i zjawiska niealkoholowe.

Podobno na moim pysku widać szczególną radość kiedy opowiadam o swoim przeszłym pijaństwie. Albo że unaocznia się jakaś szczególna rysa na moim czole kiedy mówię o alkoholowych przygodach innych. Ja to rozumiem. Opowieść o żonie Muchozola, która wkroczyła do męża na robotę i zastała go z Serem otwierającego zero siódemkę czystej, po czym zabrała i wylała zawartość do zlewu przed minutą zamontowanego, całkiem nowego, z całą nową hydrauliką, rurami itp, i kiedy wyszła zadowolona, koledzy odkręcili kolanko i zlali z niego z powrotem do butelki niczym nie zabrudzoną i nijak nie wybrakowaną wódkę, ta opowieść jest dla mnie na prawdę szczególna. Albo kiedy pijany w trzy dupy w samolocie z Cork do Warszawy prosiłem stewardesy do tańca po czym zmęczony poprosiłem o wezwanie na pokład karetki pogotowia z ziemi, bo zasłabłem. Ta historia jest dla mnie ważna. Nie mogę jej opowiadać czy wspominać z obojętnością.

Pijak tak ma, że wchodzi do sklepu i kupując chleb albo czekając przy kasie z koszykiem pełnym warzyw patrzy na regał z alkoholem. Kiedy idzie przez przejazd kolejowy i z naprzeciwka nadchodzi super laska a z lewej nadjeżdża pośpieszny do Kutna, pijak widzi porzuconą dawno pustą puszkę po piwie leżącą koło szyny, jego percepcja pomija fakt, że jeszcze świeci jasne słońce i kwitną bławatki.

Jednak nawet ja, posiadając tą wiedzę, znajduje ostatnie wydarzenia jako przesadę. Jak co tydzień, dwa miałem napisać teksty do gazety w USA. Robię to od jakiegoś dwa tysiące pierwszego, kiedy to złożyło się: gazety wychodzą w stanach, ja widziałem samoloty wklejające się w masę wież World Trade Centre. Zrobiło to na mnie niejakie wrażenie ( nie tylko dlatego, że miałem kaca i lęki). Wydało się godne opisania. Studiowałem właśnie dziennikarstwo, więc cóż było robić?

W tym tygodniu zasiadłem do pisania i tak Cuda Wianki do Małej Polski, jak i Wyprzedaż Myśli do Białego Orła okazały się tekstami o alkoholu. Jak zwykle inspirowałem się przeróżnymi doniesieniami ze świata znalezionymi w sieci. Jak zwykle starałem się pisać kontekstowo, nie monotematycznie, różnorodnie, ciekawie, z humorem. Wyszło jak wyszło. Oba artykuły są przesączone wódką i ociekają winem. Nie wiem, czy powodem takiej niecodziennej sytuacji są ostatnie wydarzenia. Tak, jeszcze dwa miesiące temu piłem jak smok – samobójczo. Wiem też, że choroba postępuje: lepiej nie będzie. Ale żeby aż tak? Żebym pisząc o faunie Ameryki Południowej w kontekście zmian klimatycznych na świecie oraz sytuacji politycznej w Polsce skończył na diecie cud, polegającej na czterdziestodniowym napierdalaniu browaru i tylko browaru, dzięki czemu pewien dżentelmen zrzucił dwadzieścia kilo, a wcześniej był otyły i chciał coś z tym robić?

Dlaczego tekst o wizach turystycznych do USA okazał się pisaniem o nowych nawykach spożywających Polaków, którzy piją coraz więcej wina, znają się na nim a nawet hodują samą winorośl, co idzie im coraz lepiej? Dlaczego kiedy pisałem karierze Roberta Lewandowskiego w Bundeslidze skończyło się na trzech milionach małpek kupowanych codziennie przez rodaków, z czego większość w godzinach przed i w trakcie pracy normalnego człowieka?

0Shares